Przewodnicki jubileusz na Weisshornie

Późna jesień to dobry czas na podsumowanie letnich dokonań w górach.

Pobierz artykuł

Ten rok obfitował w różne górskie rocznice. Koło Przewodników Tatrzańskich im. Macieja Sieczki w Krakowie także miało swój jubileusz 55-lecia istnienia i postanowiło go świętować w górach. W Tatrach realizowaliśmy w tym roku Koronę Sieczki – cykl wejść na szczyty, które jako pierwszy zdobył patron koła, wybitny przewodnik, ale ambicje i marzenia dzisiejszych przewodników tatrzańskich sięgają dalej i wyżej, niż tylko na najwyższe szczyty Polski i Słowacji.

Przewodnicy tatrzańscy na Weisshornie

fot. Bartek Dobroch

Przewodnicy – oprócz wykonywania zdobytego zawodu – chcą realizować również ciekawe turystyczne i alpinistyczne cele. Stawiają na wszechstronny rozwój górskich umiejętności – wspinaczki, ratownictwa, narciarstwa. Rośnie zainteresowanie uzyskiwaniem międzynarodowych uprawnień, dających możliwość prowadzenia w górach Europy i Świata. Dlatego wyjazdy w góry średnie i wysokie, zwłaszcza w okresie wakacyjnym, po majowo-czerwcowym szczycie sezonu wycieczkowego, stają się już tradycyjnym elementem życia kół przewodnickich. W KPT im. Macieja Sieczki także wzrosło zainteresowanie taką formą sprawdzania się i doskonalenia swoich umiejętności po tym, jak Koło zasiliło już 31 nowych, w większości młodych przewodników.

 

Kulminacyjną częścią obchodów jubileuszu był wyjazd w Alpy Szwajcarskie. Kierownikiem obozu został doświadczony przewodnik tatrzański i alpinista Kazek Kluczewski. Za główny cel wybrał Weisshorn, jeden z najpiękniejszych i zarazem najbardziej wymagających alpejskich czterotysięczników. Licząc tylko najwyższe wierzchołki masywów Mont Blanc i Monte Rosy, to wznoszący się na 4505 m n.p.m. szczyt jest piątym co do wysokości w całych Alpach. Na terenie Szwajcarii, oprócz wierzchołków Monte Rosy, przewyższają go jeszcze nieznacznie Dom i leżący na granicy z Włochami Liskamm. Weisshorn słynie głównie ze swojego wspaniałego klasycznego kształtu trójbocznej piramidy, której krawędzie stanowią trzy długie, mocno eksponowane granie: wschodnia, północna i południowa (zwana też, podobnie jak spływający spod niej lodowiec, Schali). To właśnie tymi graniami najczęściej zdobywany jest wierzchołek, choć Weisshorn nie jest popularnym alpinistycznym celem. Jako jeden z niewielu wysokich szczytów w tak mocno skalanej cywilizacją części Alp zachował jeszcze trochę dawnego, dzikiego uroku. Do jego podnóża nie prowadzi żadna kolejka, 3100 m przewyższenia z najbliższej doliny trzeba pokonać na własnych nogach, można liczyć jedynie na wypoczynek w niewielkim, czynnym w sezonie letnim schronisku. Ta odrębność powoduje, że Weisshorn nie dorównuje sławą Matterhornowi, choć w środowisku alpinistycznym uchodzi za trudniejszy do zdobycia. Wymaga nie tylko umiejętności wspinaczkowych, zarówno w terenie skalnym, śnieżno-lodowym i mikstowym, ale także świetnej kondycji – nie tyle fizycznej, co psychofizycznej, samodyscypliny i obycia z ogromną ekspozycją.

Ale nie zawsze to wystarcza. Przy silnym wietrze lub po opadach śniegu nawet łatwe fragmenty ostrych grani Weisshornu mogą okazać się nie do pokonania. A dobre warunki wspinaczkowe na szczycie, choć znajduje się on w dosyć nasłonecznionych Alpach Walijskich, zdarzają się niezbyt często. Do jego zdobycia potrzeba także pewnej pogody, gdyż na stromych graniach nie można liczyć na schronienie ani awaryjne zejście. Wszystko to sprawia, że na Weisshornie, w przeciwieństwie do wielu okolicznych czterotysięczników (nawet Matterhornu), nie spotyka się wielu nawet ambitnych turystów. Magia Weisshornu przyciąga głównie świadomych jego piękna i wymagań alpinistów oraz klientów prowadzonych przez przewodników IVBV.

Przewodnicy na WeisshorniePoniżej kopuły szczytowej. fot. Bartek Dobroch

Wysokość szczytu wymaga także solidnej aklimatyzacji. Kemping w Randzie jest idealnym miejscem na bazę w tej części Alp Szwajcarskich. Niedaleko zaczyna się szlak prowadzący pod Weisshorn, z kempingu kursują też busy do oddalonego o 10 km Zermatt. W pierwszych dniach lipcowego wyjazdu odbywamy łatwe wycieczki aklimatyzacyjne do ciągnącej się pod północną ścianą Matterhornu Doliny Zmutt i leżącego u jego stóp Czarnego Stawu (Schwarzsee), a następnie na górujący nad Zermatt Mettelhorn (3406 m n.p.m.). Łatwy szczyt i szlak prowadzący na niego oferują wspaniałe widoki na niemal wszystkie czterotysięczniki w otoczeniu, w tym najbardziej majestatycznie wyglądający od południa Weisshorn. Dwa dni później wchodzimy jeszcze na Lagginhorn (4010 m n.p.m.), leżący ponad Doliną Saas. Wejście skracamy dojeżdżając kolejką gondolową do schroniska Hohsaas na ponad 3000 m. Droga normalna na ten szczyt, prowadząca zachodnią granią, jest stosunkowo łatwą (PD, I, fragment II), ale niezbyt przyjemną pięciogodzinną wspinaczką w kruchym gnejsie. Zwieńczona jest podejściem po dość stromym polu firnowym w kopule szczytowej. Zza potężnego muru pasma Mischabel widać tym razem śnieżną północną ścianę Weisshornu, która całkowicie uzasadnia znaczenie nazwy „Białego Szczytu”.

Po dniu odpoczynku przychodzi w końcu czas na główny cel. Jeszcze przez dwa dni, do 30 lipca, ma się utrzymać dobra pogoda. Najpierw pięć godzin podejścia w pełnym słońcu pozbawionymi cienia alpejskimi łąkami do schroniska na 2932 m, wieczorny rekonesans na lodowcu i bardzo krótka noc w Weisshornhütte, bo już przed drugą trzeba wstać. Śniadanie zdecydowanie zbyt skromne, jak na cenę 9 franków (dwie kromki chleba z masłem i dżemem plus kawa). O 2.45 idziemy pod wschodnią grań. W 1861 r. przebył ją pierwszy zdobywca Weisshornu – Irlandczyk John Tyndall wraz z miejscowymi przewodnikami J.J. Bennenem i U. Wengerem. Oprócz kilku spitów i ringów zjazdowych droga ta przez ostatnie 150 lat prawie się nie zmieniła. Na początku sprawia głównie trudności orientacyjne. Po trawersie dosyć uszczelinionego lodowca trzeba odnaleźć jedyną drogę prowadzącą przez stromą ściankę na grzbiet skalnego żebra. Kłopoty z tym mają nawet przewodnicy. Żebro wyprowadza na niewielkie pole śnieżne, za nim wchodzimy w stromą i kruchą grzędę podzieleni na dwa zespoły, z lotną asekuracją. Kluczymy w wymagającym i mylnym terenie, który wyprowadza nas już w promieniach słońca na grań w miejscu, które zgodnie z nazwą Frühstückplatz nadaje się nie tylko na pierwszy odpoczynek, ale nawet na drugie śniadanie. Nam musi wystarczyć baton i jabłko. Stąd zaczyna się najpiękniejsza część drogi, prowadząca ostrzem przepaścistej skalnej grani (AD, miejsca III) przez liczne uskoki i żandarmy. Omijamy tylko dwa z nich. Skała jest bardzo dobrej jakości, nie ma prawie śladu niedawnego śniegu. W drugiej połowie grań zmienia się w śnieżno-lodową, z początku wąską, szerokości butów, potem bardziej rozległą, ale i stromą (45 stopni). Mokry śnieg sprawia, że podchodzenie jest męczące i czasochłonne. Weisshorn broni się do końca. Gdy już cieszymy się widokiem krzyża na wierzchołku, w kopule szczytowej odsłaniają się przed nami strome, kruche skały i lód. Ponad 1000 m lodowej ściany pod sobą i iluzoryczna asekuracja działają na psychę. W końcu, tuż po dwunastej, stajemy na szczycie w trójkowym zespole – przewodnicy z KPT im. Macieja Sieczki: Magda Przesławska, Szymon Michlowicz i Bartek Dobroch. Drugi zespół niestety, musiał zawrócić.

Widząc nadciągające chmury, robimy tylko kilka zdjęć i po paru minutach rozpoczynamy schodzenie. Droga w dół zajmuje także więcej czasu, niż przewidywaliśmy. Zwłaszcza w zejściu z grani, gdzie znów błądzimy pośród stromych rumowisk i progów. Dopiero o 20. docieramy do schroniska. Zamiast kolacji, jeszcze trzy i pół godziny w dół, do Randy. 

Bartek Dobroch źródło Tygodnik Podhalański 

http://www.tygodnikpodhalanski.pl


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *