Mojej Mamie

Dochodzę już do wieku, hmm… dojrzałego,   gdyż   coraz   więcej osób przy różnych okazjach pyta     : mnie: czemu Tatry?, Jak to się z tymi Tatrami zaczęło?, a nawet: Skąd po raz pierwszy zobaczyłem Tatry? Mój znakomity ojciec Adam miał znacznie prościej, bo Tatry zobaczył po prostu z Przełęczy Sieniawskiej, z pociągu do Zakopanego, co zresztą opisał w jednym ze swoich tekstów. No, a ja? Skąd ja zobaczyłem po raz pierwszy Tatry? I dlaczego właściwie Tatry? Na pierwsze pytanie odpowiedź jest zasadniczo prosta – nie wiem, nie pamiętam. Na drugie… no właśnie, to jest problem. Dlaczego właśnie Tatry?

Co prawda, bywa że pytającym wystarcza najprostsza odpowiedź: skoro mój ojciec był przewodnikiem tatrzańskim, to nie dziwota, że ja też. Ale bywa, że nie wystarcza. W końcu nie każdy szewc ma syna szewca i nie każdy piłkarz ma syna piłkarza. Znam wielu przewodników tatrzańskich, których dzieci bynajmniej nie zachowują się zgodnie ze starym kawałem: Miała matula trzech synów, dwóch było mądrych, a trzeci został przewodnikiem… A więc odpowiedź, że prze-wodnikiem jestem „po mieczu”, nie wystarcza… Nie będę tu pisał, co odziedziczyłem „po kądzieli”, mojej matce, w porywie szczerości, wyrwało się kiedyś, że znaczną upierdliwość. Ale do rzeczy.

A ponieważ nie jestem personą na tyle ważną, by w przyszłości liczni skrzętni biografowie a la Wiesław Aleksander Wójcik, mieli uparcie przeszukiwać różne archiwa, celem doszukania się danych z mojej młodości, i może się okazać, że ten kawałek mojego życiorysu pozostanie w sferze domyślnej dla moich ewentualnych biografów, to postanowiłem uczynić gest w stronę potomności i sam napisać to, co pamiętam z mojego „górskiego” dzieciństwa.

Mam zresztą z tym pewien problem, bo niektóre górskie wydarzenia mojego dzieciństwa przeszły w jakiś sposób do tradycji rodzinnej. I niektóre rzeczy nie wiem, czy pamiętam, bo były naprawdę, czy też pamiętam, bo o nich mi opowiadano. Niby to żadna różnica, ale jednak jest, bo naprawdę trudno mi w niektóre sprawy uwierzyć. Na przykład w tradycji rodzinnej tkwi, iż w wieku czterech lat (to znaczy  gdy ja miałem cztery lata) ojciec wyniósł mnie w plecaku (czy też na plecach – nosiłek jeszcze wtedy nie było) na Kościelec. Dlaczego w to nie wierzę? Po pierwsze nie bardzo rozumiem, po co niby miałby to robić? Aż takim górskim wariatem nie był. Po drugie, nic zupełnie mi z tego nie zostało w pamięci, a przecież musiałoby coś zostać, z takiego (traumatycznego?) przeżycia czterolatka. Natomiast świetnie pamiętam niektóre zdarzenia z rodzinnego wyjazdu w Tatry, gdy zdobyliśmy (na nogach!) Karb. Nota bene wprost od Czarnego Stawu, jeszcze starym szlakiem, zakosami żlebem. Ojciec wtedy, z moim starszym o dwa lata bratem, poszedł rzeczywiście na Kościelec, ja zaś i mama, czekaliśmy na nich na Karbie, a potem – gdy zaczęło srodze lać, w deszczu schodziliśmy do Zielonego Stawu. W pamięć wryły mi się śliskie kamienie na ścieżce, kompletne przemoczenie, wreszcie niepokój mamy o ojca i brata. Nie pamiętam natomiast chwili spotkania po ich zejściu, ale Kościelec chyba wtedy zdobyli (i zeszli z niego, bo żyliśmy potem wspólnie „długo i szczęśliwie”). Trudno sobie wyobrazić dwie wyprawy na Kościelec we wczesnym dzieciństwie, a zatem chyba była jedna i to nie ja, a brat mój Krzysztof wtedy Kościelec zdobył. I to pieszo, nie na plecach.

Taki sam problem mam też z innymi wydarzeniami, trudno jest niekiedy rozdzielić to, co naprawdę się zdarzyło, od moich wyobrażonych wspomnień (od małego miałem bujną wyobraźnię i do dziś mi to zostało). Stąd rzeczy, które pamiętam, pewnie bliższe są kategorii „tyz prowda”, od kategorii „święta prowda”. Mam natomiast nadzieję, że nic z tego, co piszę nie wlicza się do trzeciej góralsko-tisznerowskiej kategorii prawdy, czyli kategorii gównianej.

Otóż moje spotkania z Tatrami zaczęły się na Podtatrzu i to nietypowo, bo nie w Zakopanem. Właściwie Zakopanego unikaliśmy jak mogliśmy i do dziś to czynię. Nie ze względu na jego mieszkańców, którzy podobno okien nie otwierają i stąd jest tam świeże powietrze, lecz ze względu na tłumy turystów, a raczej wczasowiczów.

Z lat najwcześniejszych, poza owym Kościelcem, pamiętam tylko jakąś migawkę z wyprawy gazikiem (takie auto terenowe czasów minionych) w kierunku Morskiego Oka i nagłe zatrzymanie samochodu na zaśnieżonej szosie, przez którą przechodziły dostojnie dwa niedźwiedzie. Musiała to być wczesna jesień albo późna wiosna, inaczej niedźwiedzie by raczej spały. Ale którego to było roku?

Tak naprawdę dobrze pamiętam nie Tatry, tylko właśnie Podtatrze. Może dlatego, że jeździłem tam w dzieciństwie kilkakrotnie na znaczną część wakacji. Wpierw do Białki, której wtedy jeszcze nie nazywano Tatrzańską, a potem kilka razy do wsi Krempachy (na Spiszu). Brało się to stąd, że ojciec kierował kilkakrotnie harcerską wakacyjną akcją SPISZ. No i umieszczał w pobliżu sztabu rodzinę, wynajmując dla niej kwaterę pod dachem innym niż namiotowe płótno. I znów, w tradycji rodzinnej została (sam niewiele pamiętam) ewakuacja z kwatery w trakcie powodziowego wezbrania Białki (w którym roku?). Natomiast świetnie pamiętam obserwację błyskawic zbliżającej się burzy, prowadzoną przed góralską chałupą w Białce. Błyskawice te były na tle fioletowych zarysów Tatr. Mój brat rysował kształty błyskawic w zeszycie, ja też próbowałem i mnie to nie wychodziło. Może właśnie dlatego to zapamiętałem? Jednak najmocniej w pamięć wryły mi się pobyty w Krempachach, gdzie spędzaliśmy wakacje, co najmniej przez trzy kolejne lata. Takie trzy lata to wieczność w życiu dziecka na przełomie wieku przedszkolnego i szkolnego.

Nie było wcale łatwo dojechać do Krempachów. Co prawda, gdy przyjeżdżaliśmy tu (pewnie z wielką kupą bagażu) z Krakowa, na ogół ojciec organizował transport siłami harcerskimi, więc nasze bagaże i my jechaliśmy jakimś gazikiem harcerskim, a bywało że i ciężarówką, w budzie okrytej plandeką. Teraz tak nie wolno jeździć, więc młodzi ludzie nie znają już „uroków” jazdy „pod budą”, w tumanach wdzierającego się wszędzie pyłu, na drewnianych, twardych ławeczkach, podskakujących na każdym wyboju (było ich naprawdę więcej niż dziś – proszę wierzyć), że strach było usta otworzyć, by sobie nie przyciąć języka. A harcerze, z którymi jechaliśmy, przez całą drogę śpiewali…

Tak to w każdym razie pamiętam. Ale i tak cieszyliśmy się, że mamy transport. Bo do Krempachów docierały ze trzy kursy PKS-u dziennie i to w porach silnie uwarunkowanych zmianami w fabryce butów w Nowym Targu. Więc jeśli z jakiegoś powodu trzeba było dostać się do Nowego Targu, najczęściej wędrowaliśmy pieszo około siedem km przez Nową Białą do Łopusznej, gdzie można było łatwiej złapać autobus od strony Czorsztyna i Szczawnicy Szło się utwardzonym gościńcem (nie odważyłbym się go nazwać szosą). Wpierw do Nowej Białej, gdzie drogowskaz głosił: „Łopuszna 4”. Natomiast w Łopusznej analogiczny drogowskaz ogłaszał „Nowa Biała 5”. Zatem wędrując w jedna stronę tą samą drogą szło się o kilometr dłużej niż w stronę drugą. Było to moje pierwsze w życiu spotkanie z teorią względności… A z powrotem – bywało, gdy nie było autobusu w kierunku Czorsztyna, jechaliśmy do Gronia (lub jak mieliśmy szczęście aż do Trybsza) i docieraliśmy, srodze umęczeni, do naszej wsi, wędrując wzdłuż Białki.

A przecież Spisz wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dziś. I nie tylko o to chodzi, że Białka wpadała wtedy do Dunajca, a nie -jak dziś – do Zbiornika Czorsztyńskiego. Był to obszar przygraniczny, silnie niedoinwestowany żyjący z dala od „wielkiego świata”. Dzisiejsze szosy były bitymi gościńcami lub po prostu błotnistymi traktami, jak choćby droga Krempachy-Dursztyn czy Nowa Biała-Białka. Znaczna część mieszkańców pracowała w Nowym Targu, w fabryce butów. I codziennie dojeżdżała do pracy. Stąd utwardzone drogi jak szprychy koła odbiegały od Nowego Targu w różne strony. Natomiast dróg „poprzecznych” praktycznie nie było. Jako że ludzie uprawiali też ziemię, byli klasycznymi chłoporobotnikami. Uboga była sieć szkół, a także sklepów, nie mówiąc już o praktycznie nieobecnej gastronomii. Przykładowo w Krempachach był jeden jedyny mały sklep typu „szwarc, mydło i powidło”. Nora bene, zapamiętałem, że na sklepie, wypisany był wielkimi, ozdobnymi literami napis „Dziś dzień bezalkoholowy” Napis ten wisiał dzień w dzień… Natomiast najbliższa Krempachom „gospoda” (głównie wyszynk wódki, z łaski podawali też herbatę) była w Łopusznej. Kto nie gotował sam, mógł umrzeć z głodu.

Ta sytuacja wynikała z ogólnego powojennego zacofania, ale też z racji występowania znacznego udziału ludności słowackiej. Spisz traktowany był wtedy przez władze i różnych decydentów „podejrzliwie”. Właśnie walka z takim podejściem, otwarcie regionu dla świata, dla turystyki, zmiana czegoś, co dziś nazywa się „image”, a wtedy nazywana była wizerunkiem, była głównym celem harcerskiej akcji SPISZ. W dodatku, właśnie w okresie naszego pobytu na Spiszu, toczyły się też gorszące spory o język pieśni śpiewanych w kościołach (msze odprawiono jeszcze po łacinie, ale pieśni śpiewano w językach narodowych). W sąsiadującej z Krempachami Nowej Białej okresowo nawet „wycofano” proboszcza i wierni chodzili na mszę właśnie do Krempachów.

Ja oczywiście niewiele pojmowałem z tych sporów. Ale trudno było nie zauważyć licznych znamion faktu, że przyjeżdżamy na „koniec świata”. Choćby tego, że droga do Krempachów była raczej traktem niż szosą. Że dalsze drogi, w kierunku Frydmana czy Dursztyna przypominały po deszczu grzęzawiska. Że auta inne niż autobus PKS, ciężarówki i harcerskie gaziki w ogóle do Krempachów nie jeździły (gdzie indziej w Polsce – już wtedy tak). Że powszechnie podróżowało się „na wozie drabiniastym”. Że wszędzie „na ulicy” można było spotkać się z krową czy koniem, a przede wszystkim z ich odchodami. No i powszechne były wielkie stada gęsi, łażące samopas, które wzbudzały we mnie panikę. Raz, w Nowej Białej, uciekając przed takim stadem, wpadłem do kamiennego koryta potoku i mama wyciągnęła mnie stamtąd całkiem przemoczonego. Jak już mowa o strachach, to żywiłem głębokie uczucie wdzięczności do wszystkich gospodarzy, którzy trzymali psy uwiązane przy budach. Psy bowiem (głównie oczywiście białe owczarki podhalańskie), były wtedy zdecydowanie większe ode mnie i oczywiście groźnie szczekały.

Centrum Krempachów w dzień powszedni wyglądało na rojne, ale w środku dnia niewielu było mężczyzn (pewnie pracowali

To jest tylko część artykułu, zobacz pełną treść w papierowym wydaniu Maćkowej Perci.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *