Jerzy Bogusław Nowak – Burza na Olimpie; Maćkowa Perć Nr. 3

Opublikowane przez Agnieszka Sawicka w dniu

Panorama z tronu Zeusa zdaje się nie mieć równych sobie. Wzrok niczym orzeł szybuje ponad zboczami Olimpu, wąwozu Enipeas, Riwiery Olimpijskiej oraz zatoki Termajskiej, by oprzeć się o mityczną górę Athos na pół­wyspie Chalkidiki.

Biegnąca wierzchem morza bryza nic do­brego nie wróży, ale póki co, jest wspaniale.

Ogromny kocioł stromymi wyglądami pod­chodzi nieomalże pod szczyt Stefani. Z dru­giej strony potężnymi krzesanicami pnie się ku Skali. Długa galeria wypisz wymaluj przy­pomina Triglav lub bliski sercu Ganek. Obok Mitikas, skomplikowanie rzeźbioną granią opa­dający ku dolinie Enipei. Nieco dalej trójkątna bryła Skalio. Spoglądam w dół. Na Płasko­wyżu Muz rozsiadło się schronisko greckiego Klubu Alpinistycznego „Giosos Apostolidis”. Z satysfakcją patrzymy na Mitikas. Kilka dni temu z niego patrzyliśmy na Stefani. Dzisiaj jest odwrotnie. Telefon do przyjaciół z Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK w Krakowie Jacka Ormickiego i An­drzeja Matuszczyka kończy pobyt na tronie Zeusa.

Podszczytowe płyty darzę połowicznym zaufaniem. Ściana raz się „kładzie”, raz pionizuje. Z uwagą wyszukujemy stopnie i chwyty. Orograficznie rzecz biorąc trzymamy się pra­wej strony. Teren „mikstowy”, z co rusz wy­jeżdżającymi kamieniami. Mocno skoncentro­wani, po upływie pół godziny opuszczamy stromy żleb. Przed kilkoma dniami podobną depresją schodziliśmy z Mitikasa. Stosowne ta­blice, informatory o dramatach, które się tam przed laty rozegrały.

Z przyjemnością siadamy do śniadania. Potężny huk przerywa kulinarną sielankę. Spoglądamy w stronę morza. Rydwan burzo­wej nawałnicy, pełen czarnych, ołowianych chmur, pędzi ku nam. W chaotycznym pośpie­chu pakujemy się. Ścieżką trawersującą podszczytowe partie Olimpu biegniemy do schro­niska „Giososa Apostolidisa”. Na niebie istny taniec błyskawic. Grad wielkości kukułczych jajek, wespół ze śniegiem i wiatrem, podnoszą poziom adrenaliny. Nie ma czasu na lęk. Choć trudno zapomnieć, że miesiąc temu, w podob­nych okolicznościach, zginęła dwójka Cze­chów. A przed nimi wielu innych. Ja sam przed laty, podczas wyprawy w Taurus dowodzonej przez Jacków: Ormickiego i Płonczyńskiego, znalazłem się w podobnej opresji. Ledwo uszedłem z niej z życiem.

Dobiegłszy do pomnika Giososa Apostoli­disa, zatrzymujemy się. Czy jest sens biec? Co ma być, to będzie. Po chwili jednak biegniemy dalej. Tańczące wokół nas błyskawice jakby z trudem omijają nasze skulone w biegu syl­wetki. Złowrogie grzmoty dopełniają atmos­ferę grozy. Nareszcie schronisko. Nasze ubio­ry budzą podziw. Krótkie spodenki to nie za wiele jak na taką pogodę.

Ogarnąwszy się nieco, wychylamy głowy za próg schroniska. Nie na długo. Zeus gro­mowładny, wyraźnie rozeźlony, co rusz wysy­ła ku nam nowe zastępy błyskawic.

Lecz cóż to? Już gdzieś słyszałem tę melo­dię. Wiem. Przed godziną na szczycie. Subtel­ne dźwięki powabnej melodii, plątając się po pokaleczonej grani Stefani, dobiegły do mych uszu. Właśnie z okolic schroniska. Rzecz po chwili się wyjaśnia. Wewnątrz schroniska, trzech młodzieńców na niezwykle długich instrumentach, wygrywało znaną mi melodię. Ubrani byli też niezwykle. Tak, jak niezwykła była to melodia. Wszak to Płaskowyż Muz. A instrumenty? Już je gdzieś widziałem. Tak. Było to w wysoko „zawieszonych” wioskach w Andach i Himalajach.

Otrząsnąwszy się z usypiających rytmów niezwykłej melodii, usiłujemy wyjść ze schro­niska. Podmuch wiatru wciska nas do środka. Po chwili, wykorzystując krótką przerwę po­między kolejnymi porywami wiatru, wydo­stajemy się na zewnątrz. Wokół – śniegiem, gradem, mgłą – utkana wszechobecna biel. Huraganowy wiatr wpycha słowa do ust. Na nic krzyk. Mój partner najwyraźniej mnie nie słyszy. Pokazuję palcem na wysokie tyczki. Chyba zrozumiał. To kierunek naszego mar­szu, a raczej biegu.

Dzielące nas od schroniska Stavros 20 km musimy pokonać w niecałe dwie godziny. Już po chwili widać, że nie będzie to łatwe. Kolej­ny poryw wiatru zrywa mi z głowy kaptur. Na­dęty podmuchem balon ciągnie mnie do tyłu. Nie ma rady. Padam na ziemię. A raczej na śnieżno-gradowy kobierzec. Mój przyjaciel Vitia ma inny problem. Grad próbuje „obciąć” mu uszy.

W towarzystwie błyskawic i głośnych po­mruków burzy pędzimy przed siebie. Szaleń­czy wyścig z czasem i burzą zdaje się nie mieć końca. Nareszcie. Widok ledwie majaczącej w mroku drogi sprawia nam radość. Mamy szczęście. Zza zakrętu wyłania się furgonetka. Po chwili siedzimy na pace. Podskakując na wybojach drogi dojeżdżamy do Stavros. Ra­dośnie mrugające reflektory samochodu na­szego przyjaciela Grigorija przypominają, że na niego zawsze można liczyć. Jego starym Fordem ostrożnie zjeżdżamy serpentynami w kierunku zatoki Termajskiej.

Odgłos grzmotów długo tuła się po Olim­pie. Pyzaty księżyc zaczął obchód nieba. Ta­jemniczy dywan poświaty delikatnie kładzie się na wodzie. Przypomina się Krym. Ten sam nastrój. Choć góry i morze inne.

To jest tylko część artykułu, zobacz pełną treść w papierowym wydaniu Maćkowej Perci.


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *